piątek, 23 lutego 2018
Coś się kończy, coś zaczyna, jak to w życiu
sobota, 17 lutego 2018
Pierwszy sabat od półtora roku... Na tę długą przerwę złożyło się wiele czynników, najważniejsze, że chęć spotkania przetrwała! I znów było jak za dawnych lat... Pojadłyśmy, popiłyśmy, pogadałyśmy. I ustaliłyśmy plus-minus datę kolejnego spotkania na początek kwietnia.
Walentynki tegoroczne niezwykle udane. Zdecydowaliśmy się na Hotel nad Wisłą, przy wyjeździe z Tczewa na Malbork. Wybór najzupełniej w ciemno, a okazał się strzałem w dziesiątkę, pod każdym względem. Przepięknie udekorowana sala, pyszne menu, oprawa muzyczna, która bezbłędnie trafiła w nasz muzyczny gust. I ta cena - za 4 wspaniałe dania zaledwie 99 zł na dwoje!
Książkę państwa Mellerów o Gruzji przestudiowaliśmy oboje z wielkim ukontentowaniem. Momentami , jak w ruskim dowcipie - ,,i smieszno, i straszno'', ale generalnie jesteśmy pod wrażeniem. I coraz bardziej zaaferowani ... Oraz gotowi na wszystko!
Udomowiony przez emeryturę Małż okazuje się ,,lokatorem'' nieuciążliwym. Na szczęście nie wtrąca mi się do kuchni, czego się nieco obawiałam. Gdy trzeba, pomoże, poza tym zajmuje się własnymi sprawami, więc punktów zapalnych brak. Śpię znacznie spokojniej niż wtedy,gdy jeździł co rano do pracy. Żadne wycia karetek w okolicy mnie już nie straszą itp... Słowem - nasza mała stabilizacja!
czwartek, 8 lutego 2018
Różności
Tak jak można się było spodziewać, rehabilitacja pozaNFZ-owa o wiele lepsza niż ta za darmo. Niedrogo, a jakaż różnica! Oprócz samych zabiegów morze porad i wiadomości...
Dziś pączkowałam, tradycyjnie, jak od niepamiętnych czasów. Pięćdziesiąt sztuk wyprodukowaliśmy do spółki z Małżem. On skonsumował trzy, ja zero! Bo moje pączki od paru lat służą li i jedynie do rozdania między bliskich i kochanych. Swoją porcję odebrał wieczorem Pierworodny, Asia jutro weźmie dla siebie i zięcia oraz dla swoich teściów. No, jednego zjem z nimi...
Iga, francuski piesek. Na wyjeździe zimowym z rodzicami gardziła prostymi potrawami, natomiast rzuciła się wczoraj podobno na smażone krewetki! Zadziwiają mnie kulinarne gusty małych dzieci. Wnuk Madzi w wieku analogicznym jadał śledzie i sałatkę warzywną, wnuczka koleżanki garściami pochłaniała czarne oliwki itp... Dla mnie to kosmos jakiś.
A teraz uważajcie! Na przełomie maja i czerwca udajemy się do Gruzji! Nigdy-przenigdy nie sądziłam, że tam mnie jakieś drogi zawiodą. Rzecz wynikła z przyczyn rodzinno-towarzyskich i niezmiernie mnie cieszy... Przyjdzie mi spędzić sześćdziesiąte czwarte urodziny nie byle gdzie, tylko w samym sercu Tbilisi!
Czytam sobie pomału o tym miejscu, przeraża mnie mocno język i alfabet, odświeżam na wszelki wypadek rosyjski. Nie jest łatwo! Niby się człowiek uczył przez ponad dziesięć lat, ale wiadomo, nie przykładałam się specjalnie do znajomości mowy Wielkiego Brata. Jak większość za komuny... Na szczęście mam pod ręką specjalistkę. Stasiu, szykuj się na korepetycje!
Wróciła moja ukraińska uczennica. Przerabiamy testy medyczne, też z pewnym trudem, ale brniemy dzielnie do przodu. M. coraz lepiej radzi sobie z ortografią, czasem tylko myli końcówki. Generalnie jednak jestem pełna uznania za jej ambicję i systematyczność, która nigdy nie była moją mocną stroną...
środa, 31 stycznia 2018
Dekada z nutką dekadencji
Gdy 31 stycznia 2008 roku z pewną nieśmiałością pisałam pierwszą notkę, do głowy mi nie przyszło, że ta zabawa okaże się tak długofalowa. A tu proszę - 10 lat minęło nie wiedzieć kiedy!
W sumie interesująca przygoda. Z ,,milowymi'' krokami - pierwszy komentarz, pierwsza gwiazdka, pierwszy troll (to było przeżycie!) itp. Z najstarszych blogowych znajomych ostała się praktycznie tylko moja Wielka Inspiratorka, czyli Matka dzieciom, której tu znów dziękuję. Potem pojawiali się kolejni sympatycy, niektórzy jak efemerydy, inni zagościli na stałe i tym też bardzo dziękuję za blogową wierność.
Na pewno jednym z niespodziewanych efektów tej mojej bazgraniny jest telefoniczna przyjaźń z Ewą, niegdyś podlaską, dziś chorzowską. Raz tylko spotkałyśmy się w realu, natomiast kontakt przez komórki mamy regularny od paru lat.
Dzieliłam się z Wami i dobrymi i złymi historiami, szukałam rad, czasem pocieszenia lub wsparcia. Nigdy się nie zawiodłam. Bywały chwile, gdy właśnie dzięki Wam uzyskiwałam z powrotem zachwiany pion. Jednocześnie zdarzało się, że długie milczenie kogoś z Was napełniało mnie niepokojem, martwiłam się, czy coś niedobrego się nie przydarzyło. Niestety, raz się tak stało, śmierć naszej Uleczki dotknęła mnie niezwykle osobiście...
Zapowiedziałam niedawno, że wraz z jubileuszem zakończę uprawę tego blogowego poletka. I rzeczywiście miałam taki zamiar. Miałam... Bo zaczęła mnie prześladować Ewa i tak mnie systematycznie maltretuje, że powoli się łamię. Małż też wierci dziurę, choć gdyby wiedział, co tu czasem o nim piszę...
Zawsze mówię, że mam szmatę, nie charakter, więc pewnie i tym razem nie dotrzymam danego sobie samej słowa.
środa, 17 stycznia 2018
Masaż, drenaż - jeden pies?
Do częstych, bliskich spotkań z medycyną naszą polską niezbędne są dwie rzeczy: końskie zdrowie i poczucie humoru. Bez tego nic, tylko umierać przedwcześnie...
Wczoraj zaczęłam moją wyczekiwaną rehabilitację. I zaraz wyszło, że poczucie humoru niezbędne, bo pani rehabilitantka (bardzo skądinąd sympatyczna) na dzień dobry spytała: - Dlaczego pani tak późno przychodzi, skoro operacja była w maju?
Gdyby nie owa bezcenna cecha, kto wie, czy bym pani nie zelżyła. A tak odpowiedziałam spokojnie: - Bo ja się tu u Was zarejestrowałam pierwszego lipca i już na dziś dostałam termin!
Właściwie powinnam dodać trzeci niezbędny element kontaktów z medycyną- niczemu się nie dziwić! Tymczasem ja się zdziwiłam. Czy to wynik mojej niewiedzy? Nie wiem, ale spodziewałam się zabiegu nieco innego. Pani Amazonka w szpitalu podkreślała kilkakrotnie, że mamy się ubiegać o drenaż limfatyczny, nie o masaż. Poczytałam trochę o tym u wujka Googla i nic mi się nie zgadzało. Zapytałam więc w pewnym momencie rehabilitantkę, czym się różni masaż limfatyczny od drenażu i usłyszałam, że... niczym!
No cóż, miejsc, gdzie za niewielką opłatą mogłam skorzystać z masażu limfatycznego, jest w mojej okolicy mnóstwo. Drenażu jednak nigdzie nie było, więc czekałam cierpliwie na odległy termin. Tymczasem jestem absolutnie przekonana, że jestem poddawana właśnie masażom. Zabieg nie powiem, przyjemny, tylko krótki bardzo. Tak ok. 25 minut. Pewnie tak ma być, więc dlaczego znów się nieco dziwię?...
wtorek, 9 stycznia 2018
Pędem...
Tak się ten nowy rok intensywnie zaczął dla nas, jak żaden od czasu, gdym emerytką... Codziennie wyjazdy: przywożenie, odwożenie, goszczenie, szpital, dyżur przy Iguni itp. Autku przybywało na liczniku w tempie olimpijskim. Cztery tygodnie i dwa tysiące kilometrów przekroczone!
Małż nacieszył się emeryturą najbardziej w dni, gdy jeszcze oficjalnie był zatrudniony, czyli od 22 do 31 grudnia. A w nowym roku zaczęły się telefony pod tytułem: Paweł, jak to zrobić? Dziś dzwonili 9 razy, w tym dwukrotnie, gdy jedliśmy obiad. A podobno nie ma ludzi niezastąpionych?...
Nic to, jakoś to będzie. Małż zgodził się na zlecenia, które mają nam dostarczyć środków na kilka niedużych inwestycji. Jest nadzieja, że zanim załoga firmy opanuje w pełni małżowe umiejętności, zgromadzimy, ile trzeba. Na co? Ano na ekspres do kawy, drukarkę 3D i jakiś wakacyjny wyjazd. A potem będziemy ograniczać potrzeby, jak przystało na ,,porządnych'' emerytów.
Z innej beczki... Natknęłam się dziś na pasku jednej z telewizyjnych stacji na kuriozalny zapis: Prezydent zaprzysiężył nowych ministrów. Widać dobra, a nawet chyba lepsza zmiana dotknęła (a może już dotkła?) również gramatyki...
sobota, 30 grudnia 2017
Roczek
No i przyszło nam dziś świętować pierwsze urodziny Igi. Była masa prezentów, tort oczywiście i cała rodzinka w komplecie, z naszymi Amerykanami włącznie.
Trochę się Asia bała, czy się wszyscy zmieścimy w niewielkiej przecież przestrzeni, ale było całkiem wygodnie. Bohaterka dnia w dobrym humorze, raz się tylko rozpłakała, gdy sobie przytrzasnęła paluszki szufladą komody... Na koniec, zmęczona wrażeniami, przylgnęła do dziadka Andrzeja, wtuliła się tak mocno, że wszystkich wzruszyła, po czym dała się bez problemu wykąpać i położyć spać.
Bilans roczku zadowalający - od półtora miesiąca Igunia chodzi, a nawet biega. Praktycznie wszystko rozumie, mówi niewiele, ale stopniowo powiększa zasób słownictwa. Najważniejsze, że to dziecko ciekawe świata, o bystrych oczkach i zdecydowanie badawczej naturze. I, co najważniejsze, panna zdrowa jak rydz!
***
Dla mnie ten dzień był też niezwyczajny z dodatkowego powodu - dokonałam coming outu! Po raz pierwszy od roku z górką wystąpiłam publicznie bez peruki. Włosy jeszcze króciutkie, ale już na tyle porosłam, by się przestać maskować. Na zewnątrz nadal występować będę we włosiu syntetycznym, bo cieplej. Ale w warunkach domowych już bez!
sobota, 23 grudnia 2017
I już!
Co zaplanowane, to i wykonane, do Świąt pełna gotowość, jednakowoż...
Że nie ma śniegu, to już właściwie przywykłam. Ot, tradycja taka nowa. Ale żeby tak strasznie duło? Chwilami mam wrażenie, że wieje bardziej niż w sierpniu, gdy kataklizm nas dotknął. Aż strach... Może się do rana uspokoi i Wigilia nas powita spokojem? Oby!
Małż, jako bardzo świeżo upieczony emeryt (w czwartek pożegnał się z firmą) został zagoniony do licznych prac domowych. Nie opierał się nawet, ale post factum stwierdził, że jeśli ta nadmierna eksploatacja będzie zjawiskiem trwałym, to może wróci do pracy. Pocieszyłam, że na co dzień zadań będzie mniej, jednak Święta mają swoje prawa...
No to, Kochani! Spokoju Wam życzę na te nadchodzące dni, bliskich i radosnych spotkań z ukochanymi, pyszności na stołach, chóralnego śpiewania kolęd i oderwania się od codzienności! A w Nowym Roku tylko miłych niespodzianek od Losu!
sobota, 16 grudnia 2017
A ja się nie przeprowadzę!
31 stycznia mija dokładnie 10 lat od mojego pierwszego wpisu na tym blogu. Z okazji tego jubileuszu Onet mi go zamknie. Widać i tu dopadła mnie DOBRA ZMIANA!
A może to raczej znak, że pora zakończyć ten rozdział. Postanowiłam już się nie przeprowadzać, wszak każda przeprowadzka to ogromny stres, a starych drzew się już też nie przesadza, bo i po co?
Chętnie sobie poczytam, co u Was, którzy się przemieścicie i będziecie gotowi podać mi nowe namiary. Z radością skomentuję również. Ale ,,Zapisków Zgagi'' już nie będzie. Może w to miejsce spróbuję się uaktywnić na Facebooku, gdzie na razie jestem tylko czytaczem?...
Mój dziesięcioletni ,,blogodorobek'' zasejwuję gdzieś i będę mieć pod ręką, bo to jednak pamięć zewnętrzna o wydarzeniach rozmaitych, podczas gdy wewnętrzny bank danych nieco szwankuje.
Nie żegnam się jeszcze, wszak zostało prawie półtora miesiąca. Jakieś resume też jest w planie, oczywiście.
sobota, 9 grudnia 2017
Tak się przeplatają...
... wieści złe i dobre, jak to w życiu. Wśród bliskich kolejny rozwód, exuczeń od miesiąca ponad zaginiony bez wieści, nic przyjemnego. Z drugiej strony w okolicy najbliższej wszystko ok, więc bilans jakoś się niemal równa tradycyjnemu zeru...
W nowym autku zabawnie, bo odnoszę wrażenie, że to nie Małż nim kieruje, a ono nim. Co i raz przywołuje do porządku a to pipaniem, a to świeceniem na czerwono itp. Ale już ponad 100 kilometrów zaliczone i powoli mój osobisty szofer oswaja się z nowościami, choć jeszcze stare nawyki pokutują...
Dziś zdałam sobie sprawę, że czas Świąt nieubłaganie się zbliża i pora przemyśleć grafik przygotowań. Jakoś wyjątkowo szybko mi zleciał tegoroczny listopad, prawie jakby go nie było. A tu już za dwa tygodnie ten dzień ,,tylko jeden w całym roku'', jak śpiewali dziś uczniowie Asi na świątecznym koncercie.
Pojechaliśmy z Asią na ten koncert częściowo żeby posłuchać, ale głównie w charakterze opiekunów Igi. Z tego malucha prawdziwe cygańskie dziecko! Na widok obcych porzuca rodzinę natychmiast i zaprzyjaźnia się z każdym, od lat dwóch do stu dwóch mniej więcej. Oczywiście najchętniej z przedstawicielami płci przeciwnej... Przy tym, jako dziecko ,,obciążone genetycznie'' muzyką, dobiera się natychmiast do wszystkich możliwych instrumentów i ,,gra''...
piątek, 1 grudnia 2017
O rzeczach ostatnich, nie ostatecznych
Wiele lat temu Babcia zakupiwszy zimowe, brązowe palto, stwierdziła, że to jej ostatni płaszcz, który starczy jej do śmierci... No, w sumie tak się rzeczywiście stało. Jednak dla mnie, wówczas smarkuli, zapowiedź Babci brzmiała kompletnie abstrakcyjnie.
Jednak, gdy się samej osiągnęło wiek babciny, choć niekoniecznie może jeszcze podeszły, dochodzi do wielu przewartościowań. I tak właśnie zdecydowaliśmy się z Małżem na zakup ostatniego (najprawdopodobniej) samochodu. Bo tak między Bugiem a Wartą: jak długo jeszcze mój osobisty kierowca będzie w stanie bezpiecznie ,,powozić''?
Gdzieś mi się obiło o uszy, że są kraje, bodajże w naszej Europie, gdzie prowadzenie auta po ukończeniu np. 75 lat, jest już nielegalne. U nas jeszcze nie, ale kto wie, co w przypływie dobrej zmiany wymyślą... I ile wtedy nacieszy się świeżutkim prawem jazdy ta babcia z emitowanej ostatnio reklamy?
Póki co, i wzrok jeszcze, i refleks u Małża zdecydowanie w normie. Czasem nawet ułańska fantazja na drodze się pojawia, choć na szczęście coraz rzadziej. Ale czas leci...
Na razie jednak będziemy się cieszyć nowym nabytkiem, choćby miał to być ten ,,dożywotni''!
poniedziałek, 20 listopada 2017
Trudne początki razy dwa
Nie do wiary, jak rozczulająco działa widok maleństwa stawiającego pierwsze, nieporadne kroczki!
Kiedy własne pociechy zaczynały chodzić, przyjęliśmy to z Małżem jako coś oczywistego, nad czym nie ma się co zastanawiać. Ot, przyszła pora, to i ruszyły!
Z synami Pierworodnego spotykamy się stosunkowo rzadko, więc ich pierwsze ,,dwunożne'' próby w zasadzie nas ominęły. A może nie pamiętam dokładnie, w końcu to już ładnych parę lat temu...
Kiedy w sobotę Iga zaprezentowała nam pierwszy spacerek po naszym M-3, taki nieskoordynowany, z ogromnymi problemami przy zawracaniu itp... No, obydwoje mieliśmy łzy w oczach! Przyznać trzeba, że mimo znacznego ,,chybotu'', mała ani razu nie upadła. Dzielna panna!
***
Mój kolejny późny debiut dość bolesny jest, i to obustronnie. Całe zawodowe życie spędziłam ucząc polskiego wyłącznie polskie dzieci. A tu przyszło mi na stare lata podjąć się nauki obcokrajowca. Przemiłego zresztą, płci żeńskiej, zza naszej wschodniej granicy. Z jednej strony pozornie łatwiej o tyle, że języki podobne. Z drugiej owo podobieństwo bywa źródłem nieustannych kłopotów. Mordujemy się więc obie - ja w przekonaniu, że już chyba nie potrafię uczyć, ona - załamana, że tak trudno, szczególnie w kwestii pisowni. Bo przecież i alfabet inny, i ta nasza skomplikowana ortografia...
Nie poddajemy się jednak i brniemy...
sobota, 11 listopada 2017
Sen, błogi sen...
Niedawno w jakimś polskim serialu o lekarzach widziałam taką scenę: para urodziwych stażystów, wyraźnie sympatyzujących z sobą, wybiega po dyżurze ze szpitala, biegnie do najbliższego hotelu, wpada do pokoju i, gdy spodziewać by się można ,,momentów'', młodzi jak kłody walą się na łóżko i natychmiast zasypiają.
Tak mniej więcej wyobrażam sobie dzisiejszy wypad moich dziecek młodszych na wymarzoną dobę bez Iguni. Kochają dziecię do szaleństwa, ale wieczny deficyt snu robi swoje niewątpliwie. Dwa tygodnie temu, przed zmianą czasu na zimowy, Asia dzwoni do mnie z tekstem: - Wiesz, mamo, ja zawsze tak lubiłam tę zmianę, to cofnięcie zegara o godzinę. Ale jak sobie pomyślę, że jutro Iga obudzi się o 4.30, to przechodzi mnie dreszcz grozy...
Pocieszyłam, że dziecina się w końcu ureguluje, ale wiadomo, kilka tygodni trzeba się będzie przemęczyć, niestety. Sami pamiętamy z Małżem notoryczne niedospanie przy Pierworodnym, który do ukończenia roku co noc dawał nam popalić. Tyle, że ja byłam na wychowawczym, a Asia już od września pracuje.
Nie odważyłam się powiedzieć ukochanej córce, że wyśpi się pewnie dopiero na emeryturze...
niedziela, 5 listopada 2017
Przy niedzieli
Od paru lat rozpoczynamy i kończymy sezon w jednym z dwóch miejsc niezbyt odległych od naszego grajdołka. Albo w kawiarni obok zamku w Sztumie, albo w barze rybnym ,,U Basi'' w Kątach Rybackich. Tego roku nasz sezon tzw. wakacyjny z racji moich terapii był pozbawiony ciągłości, toteż i zakończenie się nieco przesunęło.
Dziś dopiero wybraliśmy się do Kątów, bo i czas był, i pogoda sprzyjała. Obiadek, z sandaczem w roli wiodącej, jak zwykle bardzo smaczny, tyle że ceny jakby z każdą naszą kolejną wizytą coraz wyższe. Chyba przyjdzie się przerzucić na dorsza?...
Sezon przetwórczy też definitywnie zakończony. Ostatnie renety z zaokiennej dżungli przerobiłam w sobotę, wykorzystując najostatniejsze cztery słoiki. Leży tam jeszcze na ziemi sporo bogactwa, ale trudno! Niech ślimaki dojedzą...
W sklepach już coraz świąteczniej, pora myśleć powoli o prezentach... Tak sobie ostatnio rozmawiałyśmy z Sister i doszłyśmy do wniosku, że zaczynamy się w tej materii niebezpiecznie powtarzać. Zwłaszcza jeśli chodzi o naszych panów. Od tych najmłodszych po seniorów. Jednak z kobitkami łatwiej...
A jutro potrzymajcie za mnie kciuki, bo czeka mnie kolejny późny debiut i trochę mam cykora!
piątek, 27 października 2017
Dwa nabytki
Egoistyczny i altruistyczny.
Najpierw o egoistycznym. Pisałam tu kiedyś, jak to niemal ze łzami w oczach zmuszona byłam pozbyć się ukochanych fioletowych kozaków. Przez kolejne lata nadaremnie poszukiwałam czegoś podobnego, bez rezultatu. W sklepach królowały buty czarne, szare i brązowe, nic poza tym. Do wtorku, Kochani!
Bez większego przekonania zajrzałam do CCC, tylko dlatego, że Małż poszedł do sąsiedniego sklepu szukać jakiejś świetlówki. Patrzyłam sobie najpierw na krótkie botki (oczywiście prawie same czarne), potem na kozaki wysokie na niebotycznych obcasach (same czarne) i tak doszłam do końca sklepu. Na ostatniej półce pod ścianą zobaczyłam nagle coś, na widok czego serducho podskoczyło! Ni to przybrudzony róż, ni to niedojrzała węgierka. Czyli plus minus to, czego poszukiwałam. I w dodatku na prawie płaskim obcasie. Dopadłam, znalazłam rozmiar, przymierzyłam, zakochałam się... Jeszcze dla formalności konsultacja z Małżem (,,no kup, kup, widzę jak ci się gęba raduje!'') i mam!
Nabytek altruistyczny został dziś dostarczony przez kuriera i zajął Małżowi kilka godzin. Doszliśmy do wniosku, że skoro już mamy na stanie kocicę, a pogoda coraz gorsza, trzeba by zwierzaka jakoś zabezpieczyć. I nabyliśmy budę. Z przedpokojem i ,,salonem''. Montaż trwał długo, bo jak to zwykle bywa, jednych śrubek było za dużo, innych za mało, Małż co chwilę biegał do zasobów piwnicznych, ale wreszcie złożył co trzeba do kupy.
Nurtowało nas tylko pytanie, czy kota będzie łaskawa zamieszkać? Niepotrzebnie, bo w kilka minut po wystawieniu mebla na taras już się zadomowiła... Leży sobie teraz wygodnie na starej poduszce i pewnie przyniesie w podzięce jakiegoś gryzonia. A my mamy spokojne sumienia...
poniedziałek, 16 października 2017
Lubię sobie pogrzybobrać...
Szczególnie, a w zasadzie jedynie wtedy, gdy następuje to z ochoty, a nie z obowiązku. Jeśli dodać jeszcze dobrą pogodę, miłe towarzystwo i obecność grzyba w lesie - to już wręcz rozkosz!
I tak się właśnie przydarzyło w piątek i sobotę podczas ,,kołowego'' wyjazdu. A już absolutną wisienką (wedle niektórych truskawką) na torcie było znalezienie sporej gromadki rydzów! W śmiesznym miejscu, w trawie tuż nad brzegiem jeziora. W kilka minut napełniłyśmy wiaderko. I choć potem część okazała się robaczywa, resztę skonsumowałyśmy mrucząc z zachwytu...
Przed ukrytym w lesie sanatorium natrafiłyśmy z kolei na kilkanaście kolonii maleńkich opieniek. Zbierałyśmy na wyścigi, by nas ktoś z personelu nie pogonił. Trafiło się też sporo maślaków, podgrzybków, kilka kozaczków i jeden duży borowik.
Poza chodzeniem po lesie wyprawa też była bardzo, bardzo udana. Było nas co prawda tylko pięć, za to mogłyśmy się wygodnie panoszyć w wynajętym domku. Jako seniorka dostałam nawet pojedynczy pokój! Domek piękny, nowiutki, pachnący drewnem i doskonale wyposażony, z kominkiem. I my - oderwane od codziennych spraw i obowiązków. Ja akurat najmniej, ale dla pozostałych dziewczyn to był prawdziwy oddech od powszedniej gonitwy. Nasza ,,szefowa'' w sobotę po śniadaniu nagle stwierdziła: - Boże, nie pamiętam kiedy mogłam tak ponad godzinę posiedzieć przy stole, nie usługując nikomu i nie myśleć, w co tu teraz ręce włożyć!
Już się szykujemy na kolejny wyjazd wiosną...
wtorek, 10 października 2017
,,Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień...''
No, nie chce być inaczej, niestety... Niestety, bo do drzwi puka listopad. Ale póki co nie jest źle.
Codziennie zakradam się do dżungli na włoskie orzechy. Zbiory różne, czasem ubiegnie mnie sąsiadka i wtedy wracam z kilkoma sztukami zaledwie. Na ogół jednak spora ilość ląduje w dyżurnej, ,,orzeszkowej'' reklamóweczce. Nazbierałam też trochę renet na dżemik, choć w tym roku marne te jabłuszka - nieduże i ,,kostropate''. Małż już tylko bezradnie łepetyną kręci i pomawia mnie o jakieś atawizmy...
Trzy z rzędu weekendy imprezowe się mi trafiły. Dwa już za mną, trzeci, najbliższy, to wypad z dziewczynami z Koła Gospodyń. Na jakieś odludzie wśród lasów. Niewiele nas jedzie, mniej więcej połowa składu, ale dobre i to.
Aha, woreczek się uspokoił. Staram się nie dawać mu powodów do kolejnej akcji wywrotowej. Dlatego mogę się rozrywać, zachowując zdecydowane umiarkowanie w konsumpcji. Mam też więcej siły, by coś w mieszkaniu ogarnąć. Dziś na przykład nastąpił przegląd zapasów kuchennych. I okazało się, że mam mnóstwo herbaty do moich mieszanek. Oraz kilka rodzajów mąki z czasów, gdy namiętnie piekłam chleb. Herbata ocalała, mąki powędrowały do kosza...
Brakuje mi bardzo codziennych niemal pogaduszek przy kawce z moją Beatką. Ale rozumiem, że gdy wraca jej Książę Małżonek, muszę się usunąć. Jutro mamy się na godzinkę spotkać. Będzie o czym poplotkować!
czwartek, 28 września 2017
Jak nie urok, to...
Tak dobrze szło, czułam się doskonale. Do czasu...
Wyjazdowy grzech obżarstwa, a dokładniej niezdrowego jedzenia po knajpach i niejakiej rozpusty (kawa z bitą śmietaną co dzień itp.) zaowocował dosadnie! Rok temu na USG wyszło mi, że jakiś kamyk zagnieździł się w woreczku. Przyjęłam fakt do wiadomości z pewnym zdumieniem, albowiem nie odczuwałam nigdy związanych z tym dolegliwości.
Jednak widać, że mój woreczek nierychliwy, ale... Pierwsze objawy wystąpiły już w Nałęczowie. W ostatnim dniu wyjazdu. Po powrocie do domu półtora tygodnia gniecenia, bólu, braku apetytu. To ostatnie akurat mnie nie zmartwiło, bez specjalnych wysiłków trzy kilo do tyłu. Tak czy owak dotarłam do doktora, otrzymałam skierowanie na ponowne USG i dziś zrobiłam. Objawy już w zasadzie ustąpiły, jednak w badaniu wyszło, że samotnemu dotąd kamulcowi towarzyszy kolega... Poza tym jama brzuchowa w porządku. Uff! Odetchnęłam nieco, bo gdzieś z tyłu głowy czaiła się czarna myśl o przerzucie...
Prędzej czy później przyjdzie się z tymi kamulcami rozprawić. Oby później, na przykład na początku przyszłego roku, bo jakoś dwie operacje w jednym roku to nie jest moje marzenie. Zresztą i służba zdrowia nie pali się do szybkich terminów. Na razie dietka, żeby kamieni nie drażnić...
Poza tym wszystko super! Małżowi zostało 57 dni roboczych do emerytury, a mnie tyle samo do robienia mu kanapek do pracy. Wnusia lada dzień pomaszeruje. Spiżarnia gotowa na zimę, opał nabyty. Dobrze, bo w którymś sklepie ostatnio pani ekspedientka postraszyła nas zimą tysiąclecia!
sobota, 16 września 2017
Wróciłam
Po ośmiu dniach totalnego luzu i odrobiny rozpasania...
Najpierw dwa wspaniałe dni pod Andrychowem. Potem nasz wypad zamojsko-roztoczański. Pięć dni w Zamościu i okolicach plus jedna doba w Nałęczowie.
Gdyby tylko nie ta boląca noga... W ostatnim tygodniu podróży na radioterapię naciągnęłam sobie ścięgno Achillesa, które dawało mi do wiwatu przez cały wyjazd. Dlatego też niecały plan został zrealizowany.
Najprzyjemniej chyba będę wspominać krótki, ale bardzo romantyczny spływ rzeką Wieprz. Cisza, spokój, rzeka płytka i nietrudna, po drodze postój na kawę i ciekawa rozmowa z panią ,,barkową'', młode lata się przypomniały! Na drugim miejscu Zagroda Guciów i niesamowity pan Tomasz-przewodnik. Kopalnia wiedzy o wszystkim! I tamże nabyty pyszny chleb, który starczył nam prawie na tydzień...
Cowieczorne wyjścia na zamojski rynek, gdzie przy kawie i winku przesiadywaliśmy w ,,Skarbcu Wina''. Cudowna pani Małgosia, właścicielka obiektu, gdzie mieszkaliśmy z wszelkimi wygodami. Przepiękna hrubieszowska cerkiew. Muzeum Wsi Lubelskiej. Same cudowności...
I tylko jedno wielkie rozczarowanie - Nałęczów. Niby kurort, a jakiś zapuszczony, zaniedbany. Jakby z minionej, niesłusznej, epoki. Jedyną prawdziwą atrakcją był tam pięknie śpiewający Ukrainiec. Budynek, w którym nocowaliśmy, jak z horroru... W polecanej przez sieć restauracji ,,Patataj'' skutecznie się strułam. Nigdy więcej...
Nie ma to, jak w domu! Kota pędem przybiegła się przywitać...
sobota, 2 września 2017
Na mecie
Uff! Maraton zakończony. Sama się sobie zazdroszczę, że to przetrwałam. Na razie odczuwam lekką odrazę do autobusów, kolejki miejskiej, schodów itp. Ale paru rzeczy troszkę żal...
Bo to i panie obsługujące machinę do naświetlań tak miłe, że momentami aż się czułam zażenowana ich niezwykłą życzliwością. I codzienne wizyty na bardzo dobrą kawę w szpitalnym barku, gdzie też urocze dziewczę ją szykowało, już po trzech dniach bez pytania co i jak. Jeszcze doktor od cotygodniowych kontroli - dusza człowiek... Nie, tęsknić nie będę, ale zachowam miłe wspomnienia!
Teraz pora zadbać o lokum osobiste, strasznie zapuszczone przez moją miesięczną prawie-nieobecność. Może jeszcze nie pora i siły, by zaraz okna myć, ale z grubsza ogarnąć trzeba. Małż ogłosił zakaz produkcji przetworów, bo tego akurat nie zaniedbałam. I piętrzą się słoiki w komórce, już piętrowo...
Zakaz od jutra, więc dziś jeszcze ostatnia porcja gruszek w occie oraz tychże owoców w czerwonym winie. Te ostatnie z przepisu Maryli - koleżanki szpitalnej, istnej kopalni wiedzy kuchennej.
A w piątek wreszcie wyjeżdżamy na urlop! Niestety, tym razem nie do ,,wód'', bo jeszcze nie wolno mi się moczyć. Na celowniku Lubelszczyzna, Roztocze, Nałęczów, może coś jeszcze. Baza wypadowa w Zamościu, a ostatni nocleg w Nałęczowie. Przedtem tradycyjnie krótki pobyt u Magdy.
Małż przyrzekł do końca września złożyć wypowiedzenie i wreszcie pomyśleć o emeryturze. Więc od nowego roku będziemy egzystować jako ,,dziad i baba, bardzo starzy oboje''... Ale nie aż tak starzy, by jeszcze nie zaszaleć!
Żyję,żyję
Ale co to za życie... Moje trzydniowe chemie szpitalne, zakończone w kwietniu, nic nie dały. TK wykazało, że to co miało się zmniejszyć, ur...
-
Babcią w obowiązkach być to jak z tym tygrysem z ruskiego dowcipu: ,,i smjeszno, i straszno''! Na szczęście częściej ,,smjeszno'...
-
Ale co to za życie... Moje trzydniowe chemie szpitalne, zakończone w kwietniu, nic nie dały. TK wykazało, że to co miało się zmniejszyć, ur...
-
No, nie do końca zlazła, bo trochę i zjeździła. Ale do rzeczy! Otrzymawszy wreszcie od pani psychogeriatry zaświadczenie, głoszące iż Mamidł...