Od osiemnastej w piątek do chwili teraźniejszej nieustająco znajduję się w siódmym niebie! To chyba nienormalne...
Zupełnie się nie spodziewałam, że w restauracji na skraju naszego powiatowego miasteczka dane mi będzie zażyć takiego ,,hajlajfu''! Aż mnie to wszystko w pierwszej chwili onieśmieliło... Ledwo uchyliliśmy drzwi, od razu z wielką atencją się nami zajęła pani recepcjonistka, by oddać po chwili pod opiekę przydzielonych nam kelnerek. Wnętrze restauracji ciepłe i przytulne, pięknie nakryte stoły, na każdym pąsowa róża dla niewiasty.
Walentynkowy nastrój bardzo udatnie podkreślał pan artysta, człowiek-orkiestra, grający spokojne standardy na gitarze, fletni Pana i harmonijce. Na pewno bardziej podobające się nam-seniorom, niż przeważającym na sali parom o pokolenie młodszym.
Menu, jak na cenę za całość (99 zł od pary), bogate, fantazyjnie podane i wykwintne. Napiszę Wam, co jedliśmy, głównie po to, by samej sobie upamiętnić. Na przystawkę roladki z łososia, podane na rukoli z sosem gorgonzola, potem ,,płomienny krem z pomidorów z nutą lubczyku'', jako danie główne znów łosoś, tym razem na sosie szafranowym, z glazurowaną mini marchewką oraz puree ziemniaczanym. Do tego kawa, herbata, kieliszek wina. A na deser absolutna pychota - ,,gruszka Pięknej Heleny w waniliowej piance''! To już był odlot... Starałam się tylko za nic nie myśleć o kaloriach!
Nie bywamy z Małżem w renomowanych lokalach z wyższych półek. Jeśli już jemy poza domem, to gdzieś w podróży najczęściej, w gospodach lub zajazdach. Albo na weselach, wiadomo. Muszę przyznać, że tak obsłużeni i zadowoleni z dań byliśmy chyba tylko raz - w zeszłym roku podczas wyjazdu do Budapesztu. Tyle, że wtedy to było znacznie, znacznie drożej...
***
Jeszcze dobrze nie ochłonęłam po wczorajszych wrażeniach, a tu... Po zakupach i przygotowaniu obiadu (po raz drugi ten kurczak w mleku kokosowym), włączyłam telewizor i natychmiast trafiłam na złoto Zbigniewa Bródki! A wieczorem euforia sięgnęła zenitu i wciąż nie odpuszcza!
Zdecydowanie te wszystkie banery olimpijskie powinno się zmienić! Nie ,,Sochi 2014'', tylko ,,S(t)ochi 2014''!!!
Nawet, jeśli miałby to już być koniec medali, z pewnością niezapomniana będzie dzisiejsza data! Mam tylko nadzieję, że nie ma wielu ofiar tak długiego oczekiwania na ostateczny rezultat Kamila... To była bardzo, bardzo długa minuta! Co wrażliwsze serca mogły nie wytrzymać...
Teraz, już na spokojnie, piję sobie lampkę czerwonego wina za naszych dzisiejszych BOHATERÓW....
A ja nie piję wina .... bo nie piję, ale z tej radości zjadłem dwa pączki z .... makiem i jestem odurzony :)
OdpowiedzUsuńOj, ja też mam dzisiaj dobry dzień. Złote medale także się przyczyniły do tej radości!!:) Walentynkowy udany wieczór to fajna rzecz:)
OdpowiedzUsuńOd dziecka lubiłam skoki (jak moja babcia!)Dziś pracowałam do wieczora, wiec do chwila przychodziły smsy z aktualnościami:)
OdpowiedzUsuńZdążyłam do domu na ostatnie 5 skoków i myślałam, że zejdę na zawał!
A potem oglądałam wszystkie powtórki!
Ale jestem z Nich dumna:)))
aaa..takiego wieczoru Ci zazdroszczę:*
OdpowiedzUsuńZ makiem pączków nigdy nie spotkałam! Ale wierzę, że odurzają...
OdpowiedzUsuńUdany wieczór i wczorajszy, i sobotni!
OdpowiedzUsuńTeż puchnę z dumy! Narodowej...
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci, byś też kiedyś taki zaliczyła...
OdpowiedzUsuńOglądałam obu chłopaków- przy sprawozdaniu z panczenów byłam pewna, że nasz sprawozdawca padnie na zawał. A Kamila byłam pewna. Kruczek jest świetnym trenerem, w zespole jest świetna atmosfera. Ale nie bardzo wierzę w jakikolwiek medal naszych skoczków w konkursie drużynowym.
OdpowiedzUsuńPoza domem jadam ostatnio tylko za granicą, czyli w Berlinie.Dobrze, że tak miło spędziliście wieczór.
Miłego, ;)
Hmmm, brzmi przepysznie ta kolacja:) Fajnie, że się udało Wam spędzić miło wieczór:)
OdpowiedzUsuńEmocje wczoraj były ogromne, to fakt:)
Ja oglądając ceremonię medalową, mając na nosie najsilniejsze swoje okulary, przeczytałam niebieski napis STOCH 2014. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że tam jest napisane zupełnie coś innego.
OdpowiedzUsuńPrzeczytałaś to, co POWINNO być napisane!
OdpowiedzUsuńOj, były! Telepało mną jeszcze z kwadrans po obu faktach...
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że jeszcze kiedyś w Berlinie zjem. Raz już jadłam, ale we wschodnim, ponad 40 lat temu...
OdpowiedzUsuńNo to się mąż spisał. Wyjście do knajpki zapisałem sobie w najbliższych planach.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Dobry przykład ze starszego kolegi? :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że dziś chłopaki nie pokazali, na co ich stać. Ale sobota była piękna! Ta chwila oczekiwania długa, ale... ja ją przeżyłam z jakąś taką spokojną pewnością :) Może dlatego, że drugi był "dziadek" Kasai :D
OdpowiedzUsuńNie mam żadnych pretensji. Apetyty nam wzrosły wprawdzie, ale gdy czwartego do brydża brak...
OdpowiedzUsuń